Historia Arki

Jak to się zaczęło…?
Zaglądam do kroniki, pisanej na bieżąco przez Arkowiczkę Ewę Kulis. Oto fragmenty zapisków kronikarskich z pierwszego roku działalności:
 
Pomyśleć, że w wakacje przy tym kościele roi się od … nas.
„To było lato roku 1988, upalny lipiec… Przy kościele parafialnym we Władysławowie rojno, gwarno, dużo śpiewów i krzyków”. Kim była ta rozgadana grupa? Nie wiedzieliśmy wtedy, że wkrótce będziemy o sobie mówić „my”, a na okładce tejże kroniki złoceniami zalśni napis ARKA. Przyjechaliśmy na jeden z wielu obozów organizowanych wcześniej przez członków dominikańskiej Kliki (wspólnoty osób niepełnosprawnych z opiekunami z Duszpasterstwa Akademickiego). Zawsze na takie wyjazdy zabierani byli klerycy, z korzyścią przede wszystkim dla nas i dla nich – miejmy nadzieję – także.

W latach poprzedzających ów pamiętny rok 1988, przyjeżdżał do Władysławowa m.in. Zbyszek Talaga, podówczas jeszcze kleryk krakowskiego seminarium. Natomiast w roku 1988 Zbigniew Talaga, już jako ksiądz, zajął się organizacją naszego obozu. Wśród osób niepełnosprawnych, korzystających z wózków, byli w większości „klikowicze”, w przeciwieństwie do grupy opiekunów, wśród których wielu po raz pierwszy zdecydowało się na taki wyjazd wakacyjny.


I kto ma najpiękniejszy uśmiech?!
Obóz okazał się wspaniały! Tyle, że – jak wszystko – musiało się skończyć. Uczestnikom było żal: atmosfery, rozmów, wspólnych modlitw, a przede wszystkim bycia razem. Dawały się więc słyszeć następujące refleksje: „Słuchajcie, może spotkalibyśmy się po wakacjach”, „Tak, dobrze byłoby się spotkać”, „Właściwie ja widzę możliwość utworzenia takiej grupy z ludzi, którzy tu są”– stwierdził ks. Zbyszek, a wszyscy przytaknęli: „Oczywiście”. Po tej rozmowie z mniejszym smutkiem myśleliśmy o rozstaniu. Mieliśmy poczucie, że nasz wyjazd, mający posmak wakacyjnej przygody, przeradza się w coś trwałego. Wiara w to, że będziemy się spotykać była ogromna.


Szczęśliwi bo z … szefem.
Tymczasem obozowe życie trwało dalej. Wszyscy cieszyli się sobą, morzem, spacerami. Dyżurni nadal mozolili się, by nadążyć z robieniem kanapek i dźwigali wiadra zupy (od „babci Marońskiej”, z pobliskiego pensjonatu) dla naszej zgłodniałej czeredy.

Dobrze, powstała grupa, ale jak ją nazwać? Bo przecież dzieło musi być koniecznie nazwane, dopiero wtedy jest ukończone. Wszyscy rozmyślali, rozważali różne propozycje…, w końcu padło słowo – ARKA – i rozniosło się błyskawicznie pocztą pantoflową z kuchni na plażę, z plaży na… dach (gdzie bardzo często przebywał jeden z uczestników obozu, nasz kochany Bodzio).
ARKA – mówili wszyscy.
ARKA – spotyka się po wakacjach…
I – co bardzo ważne – mieliśmy szefa, którym został oczywiście ksiądz Zbyszek Talaga. "
 

A cóż oni tak jedzą?
 
Minęły wakacje. Każdy z nas znalazł się w innym miejscu. Jakaż więc radość, gdy dowiadujemy się… dwudziestego drugiego października spotyka się ARKA! Wyjeżdżamy do Międzybrodzia, gdzie nasz szef jest wikarym.

Jak myślicie po co się jedzie na górę Żar ?
Nie dość szczęścia, że to pierwsze powakacyjne, pierwsze w ogóle nasze spotkanie, to jeszcze… jedziemy na zaproszenie samego księdza Zbyszka. Wspaniale spisuje się Jana z Wieliczki, która ma trudną robotę: bo to prawa ręka szefa, centrala komunikacyjno – informacyjna, główna maszynistka, itp. Ona właśnie rozsyła zawiadomienia, telefonuje, pisze kartki, listy, dociera do uczestników obozu we Władysławowie na różne sposoby. Jak wiele innych osób – poważnie traktuje sprawę istnienia naszej grupy. Więc co? Jedziemy…

Zbliżamy się do Międzybrodzia. A to przecież październik! Cudowna jesień. Mamy nadzieję (wszyscy), że ks. Zbyszek będzie stał na drodze i witał. Tymczasem czeka nas niemiła niespodzianka. Zatrzymujemy się przed tamtejszą plebanią: trąbimy i trąbimy. Niemożliwe…cisza. Jak to? Gdzie to przywitanie?! Trzeba więc było udać się na poszukiwania wikarego.

Kim chciałbym zostać ?
W końcu ksiądz Zbigniew został znaleziony, idzie. Hurra! Gorąco się witamy. Potem zasiadamy do stołu: smakujemy pyszny poczęstunek, pijemy gorącą herbatę. Nawiązują się rozmowy. Jedną z atrakcji jest planowany wyjazd na górę Żar. Po powrocie: Msza św., spacery, znowu rozmowy. Szef proponuje, by grupę podzielić na mniejsze grupki. Uwrażliwia nas na to, by pamiętać o każdym dniu ludzi siedzących na wózkach. Spotkanie raz w miesiącu to zdecydowanie za mało.
Niestety trzeba już wyjeżdżać. Nasze drugie spotkanie dobiega końca. Jednak dzień 22 października 1988 roku pozostanie na długo we wspomnieniach Arkowiczów.


 
Ponowne spotkanie Arki ma miejsce jedenastego grudnia 1988 roku u oo. Franciszkanów w Krakowie. Na rozpoczęcie Msza św., po Mszy św. spotkanie, na którym robi się gwarno. Przecież znowu wszyscy razem nie widzieliśmy się prawie dwa miesiące. Na tym spotkaniu omawiamy przede wszystkim sprawy organizacyjne: najbliższy wyjazd do Międzybrodzia planowany na styczeń. Zastanawiamy się także, kto mógłby zaprosić do siebie na święta kogoś z Domu Pomocy Społecznej, z ul. Zielnej w Krakowie. Znowu żegnamy się, składając sobie życzenia dobrze przeżytych Świąt Bożego Narodzenia.


Jak nam tu dobrze. Dadzą się napić…

Nadszedł styczeń roku 1989 ! Z dwutygodniowym opóźnieniem, tj. od 14. do 15. stycznia ARKA wraz ze swym szefem wita Nowy Rok w Międzybrodziu. Nasze spotkanie rozpoczyna Msza św. z homilią wygłoszoną przez księdza Zbigniewa.
A co pozostaje w pamięci? No jakże! Zabawa! Bardzo miło podejmuje nas tamtejsza oaza. Ile jedzenia! Na parkiecie rej wodzi (zniżę głos do szeptu)… nasz szef. Przy pojazdach dwuśladowych taniec na jednym kole należy do rzadkości. W ogóle – wszyscy tańczą do upadłego. Wycisza nas powrót do domu, w którym nocujemy. Także spacery…
 
Gościnni ojcowie franciszkanie znowu udostępniają nam salkę dwudziestego szóstego lutego 1989 roku. UWAGA; po raz pierwszy nieobecny jest ksiądz Zbyszek. Mszę św. odprawia nam jeden z miejscowych Ojczulków.
Spotkanie, jak zawsze miłe i pełne gwarów, kończy się kiedy nad Krakowem zapada głęboki wieczór. Wychodzimy.. i dzieląc się na mniejsze grupki, oddalamy się w swoje strony. Niesiemy ze sobą wspomnienia, refleksje: nie wszystko robimy jak trzeba, jeszcze tak mało widzimy drugiego człowieka. Wieczór przechodzi w noc, a o poranku każdy budzi się u siebie.
 
Następne spotkanie jest wyjazdowe. Trzydziestego pierwszego marca 1989 roku jesteśmy w Nowym Targu. Tu nas jeszcze nie było. Oczywiście, zawsze musimy być w centrum wydarzeń. Przystanęliśmy przy kościele, a Mszę św. odprawia nam miejscowy proboszcz. Nie ma dla nas trudności nie do pokonania, więc… z osobami na wózkach wyjeżdżamy pod Wodogrzmoty Mickiewicza.
Ależ grzeje! Zresztą, nam słońce świeci zawsze! Trudno opisać piękno zimowego jeszcze krajobrazu, cudownie skrzący się i błyszczący w promieniach słońca lód oraz śnieg. Bijemy się śnieżkami jak dzieci. „Bitka była jak tsza” – ktoś mówi.
I tak mienią się nam w pamięci takie różne chwile z owego wyjazdu…
 
Maj, miesiąc pełen zieleni i kwitnących bzów, upłynął w ARCE pod znakiem święceń, najpierw diakonatu, potem kapłańskich. Wiele osób uczestniczyło w tych uroczystościach, by być blisko naszych kolegów. Łączyliśmy się z nimi w modlitwie.
A jakże, na prymicjach także zdążyliśmy być: po kilka osób u ks. Maćka w Zakopanem i u ks. Jurka w Wadowicach.
Nadszedł czerwiec, a to już czas przygotowań do letniego obozu.
 
 
Zaczęło się…odgłosy naszej radości już na krakowskim dworcu. Jeszcze trochę, jeszcze trudy podróży (stuk pociągu bywa piękną kołysanką) i oto stare śmieci: Władysławowo. Zmęczenie na twarzach miesza się z radością: przed nami tyle dni, nareszcie dłużej ze sobą pobędziemy, może doczekamy się niejednego wschodu słońca. Jak najszybciej się rozpakowujemy, rozgaszczamy, by móc wreszcie odetchnąć swobodą.
Ten obóz, z przełomu czerwca i lipca roku 1989 zorganizowali księża: Jerzy i Maciej. Organizacja była świetna !
Niczego nam nie brakowało. Cieszyły nas: nieustanny szum morza, zdobywanie plaży i przydrożnych smażalni ryb, poranny piasek w oczach i piasek pod stopami oraz śmiech, śpiew, taniec i ogniska. 
Dowcipy i figle, śmiech, plażowanie – to nie wszystko. Prawdziwą radością była Msza św. To ona stawała się centrum każdego dnia, radość czyniła pełną i nadawała sens naszemu byciu razem, naszemu odpoczynkowi. To duże szczęście móc każdego dnia uprzytomniać sobie, że Bóg jest z nami.

Tacy jesteśmy !


Pomocny kucharz Sławek Łopuszyński 
(od Babci Marońskiej) sprawił,
że wydelikaciły się nasze podniebienia
To tyle wspomnień z kroniki. 
Na turnusie w 1989 roku nie było już z nami ks. Zbyszka, wyjechał za wielką wodę i tam pozostał. Zawsze kiedy jest w Polsce, pyta o ARKĘ i Arkowiczów. A my działamy, jak tylko mamy możliwość, wyjeżdżamy na trzydniowe weekendy, organizujemy turnusy w lecie, spotykamy się w małych grupkach u kogoś w domu. 
Działamy tak dwudziesty czwarty rok! 
Dużo można powiedzieć o nas, bo przez ten czas wydarzyło się bardzo wiele dobrych rzeczy, ale także i smutnych. Działania Arki koordynują osoby niepełnosprawne, na czele z Janiną Oprych. W spotkaniach naszej grupy uczestniczą: przyjaciele, młodzież ucząca się, pracująca, księża, klerycy (na początku diecezjalni, obecnie Franciszkanie i Salwatorianie), a przede wszystkim osoby niepełnosprawne. Wyjeżdżaliśmy na obozy wakacyjne dwadzieścia razy do Władysławowa, byliśmy dwa razy we Włoszech - w Bordigherze, oraz w Dubiecku. W ciągu roku organizowaliśmy zwykle cztery - pięć spotkań trzydniowych. Obecnie w planie mamy tylko dwa spotkania wyjazdowe i kilka jednodniowych w Krakowie, ze względu na brak finansów. 
Jako zorganizowana grupa dotarliśmy z osobami na wózkach do wielu ciekawych miejsc, najczęściej w górach. Wymienię tylko niektóre z nich: Morskie Oko, Dolina Chochołowska (kilkakrotnie), Dolina Kościeliska, Dolina Strążyska, Kalatówki, Hala Kondratowa, Kasprowy Wierch, Jaszczurówka, Bachledówka, Gubałówka. 
Byliśmy także w Pieninach, w Cieszynie, w Milówce, w Beskidzie Żywieckim, we Wrocławiu, zwiedzając Panoramę Racławicką, w Bagnie koło Obornik Śląskich, w Wieliczce w Kopalni Soli, w Nowym Targu, w Zawoi, w Lubniu. W Częstochowie jesteśmy co roku, na Dniach Skupienia. Zobaczyliśmy wiele miejsc i poznaliśmy wiele osób. Część z nich „porwało” życie rodzinne, inni rozjechali się po Polsce lub za granice kraju, jeszcze inni mieszkają w pobliżu i nadal działają w Arce. 
Odwiedzamy się w domach, pomagamy sobie nawzajem. Grupa osób na wózkach jest w większości zmotoryzowana. We wspólnocie uczymy się z odwagą iść...jechać przez życie, bo chcemy żyć normalnie, pomimo naszych ograniczeń ruchowych. Od początku kierujemy się zasadą, że każdy może coś dobrego dać drugiej osobie, nie ma osób chorych i zdrowych, bo wszyscy są w jakiś sposób chorzy. Jednych ogranicza niepełnosprawność ruchowa, inni z chorą duszą, potrzebują obecności drugiego człowieka, o tym przypominał nam ks. Zbyszek. 
Ogólnie jest nas bardzo dużo, jedni przychodzą, inni odchodzą. Na spotkania dojeżdża od 40 do 60 osób, kto tylko znajdzie wolną chwilę w tym zabieganym świecie. 
Paru osób nie ma już z nami. W ciągu wielu lat istnienia Arki zmarli: 
Józefa Oprych z Wieliczki (7.04.1997r.), Piotr Kubas z Rzozowa (7.03.2001r.), Zenon Hojny i Elżbieta Lembas (2003r.) z Krakowa z PDPS, Anna Mirek z Krakowa (27.03.2003r.), Jarosław Stachnik z Wieliczki (2.10.2006r), Jan Baster z Mnikowa (12.12.2010r.) 
Po ludzku jesteśmy słabi, a z Bożą obecnością, dzięki ludziom, których spotykamy, wszystko jest możliwe, łatwiejsze do pokonania. Bóg jest z nami od pierwszego spotkania, a my dalej realizujemy swoją pielgrzymkę po ziemi, z dużym zaufaniem. 

Od samego początku ARKA współpracuje z Polskim Towarzystwem Walki z Kalectwem - Oddział w Krakowie. Jesteśmy członkami TWK i mamy w jego krakowskim oddziale subkonto, na które mogą wpłacać datki pozyskani przez nas sponsorzy. Bierzemy udział w imprezach organizowanych przez krakowski oddział TWK. W 2011 roku Towarzystwo Walki z Kalectwem, Oddział Kraków świętowało 50 lat istnienia. 

W 1991 roku część Arkowiczów dostała propozycję należenia i działania w Międzykontynentalnym Chrześcijańskim Braterstwie Osób Chorych i Niepełnosprawnych. Założycielem tego Braterstwa jest ksiądz Henri Francois z Francji. Członkowie Braterstwa posiadają zeszyt opracowany na podstawie tekstu księdza Henri Francois „Wstań i chodź", w którym są zawarte idee Braterstwa. Braterstwo to formacja duchowa, ewangelizacja osób niepełnosprawnych przez osoby niepełnosprawne. Braterstwo działa w Diecezji Krakowskiej. Obecnie istnieje 7 mniejszych grup, my jesteśmy grupą wielicką. Do grupy wielickiej należą Arkowicze z Wieliczki, Krakowa, Myślenic. Spotykamy się raz w miesiącu. 
Umocnieni Bogiem, staramy się widzieć w każdym człowieku Chrystusa, zapomnieć o sobie a bardziej być dla innych, bo jak napisał ks. Jan Twardowski: „Wszystko jest wtedy, kiedy nic dla siebie” 
Janina Oprych